Kompletnie nie mam czasu.
Wstawanie, przebieranie pampersa, śniadanie, mycie, odwożenie do żłobka, powrót, krótki prysznic (bo rowerem i spocona), spakowanie książek do torby i wio na dworzec w kierunku LU, bo tam cztery godziny lekcyjne wykładów (polski i niemiecki), później pędem na dworzec, wsiadka i jazda spowrotem, a w domu chwilka na kawę i znowu robota, tym razem tłumaczenie.
Pomiędzy trzeba jeszcze znaleźć czas dla dziecka, które odebrane ze żłobka też się upomina, poczytanie mu książek, wspólne pobudowanie z lego, zrobienie kolacji, umycie go, opowiedzenie jakiegoś wierszyka i tak koło 20:30 czas na wzięcie oddechu.
Wdech.
Wydech.
Wdech.
Wydech.
Ależ nie.
Nie narzekam!
Jest mi dobrze.